ŚLĄZACY W WEHRMACHCIE

Służba w Wehrmachcie to zjawisko dotyczące nie tylko Ślązaków. Na każdych stu żołnierzy walczących w hitlerowskich mundurach przypadało dwóch Polaków – albo polskich obywateli, którzy po wybuchu II wojny światowej znaleźli się po niemieckiej stronie granicy (czyli mieszkańców Wielkopolski, Pomorza czy Śląska), albo tych, którzy na terenie Rzeszy żyli już wcześniej. Łączną liczbę dziadków z Wehrmachtu szacuje się na 375 tysięcy.

Służba pod znakiem swastyki była powszechna i doskonale ilustruje ją fragment rozmowy naukowca Instytutu Pamięci Narodowej ze śląskim weteranem:

- Czy po wojnie prześladowano pana za służbę w Wehrmachcie?
- Nie rozumiem pytania...
- Czy na przykład sztygar w pana kopalni nie robił panu trudności?
- Ale sztygar też był w Wehrmachcie...
- Czy Urząd Bezpieczeństwa przepytywał pana na temat przeszłości w niemieckim wojsku?
- Wzywali mnie często na przesłuchania i maglowali, ale pytali tylko o kolegów z polskiej armii na Zachodzie, czy piszą do mnie listy, co robią, o Wehrmacht nigdy nie pytali.

Do lat siedemdziesiątych (zwłaszcza w małych górnośląskich miejscowościach) funkcjonowały nieformalne kluby niemieckich weteranów: mężczyzn spotykających się przy kartach i piwie, wspominających swoje wojenne losy. W pewnym sensie naśladowali oni własnych ojców walczących w czasie poprzedniej światowej wojny i zasilających później powstańcze walki po obu stronach barykady. Głośno o sprawie jednak nie mówiono, choć powszechnie wiedziano o służbie w Wehrmachcie wielu prominentnych osób: piłkarskiego idola Gerarda Cieślika (był w Danii oraz Niemczech), popularnego literata Wilhelma Szewczyka (walczył we Francji i Związku Radzieckim), kultowego „Papy” z Opola – Karola Musioła, który przeszedł do historii jako twórca opolskich festiwali piosenki. Problem wehrmachtowskiej przeszłości, choć dyskutowany był w powojennych gremiach partyjnych bezpośrednio po II wojnie, nigdy nie przełożył się na konkretne prześladowania. Owszem – można było dostać mandat karny za rozmawianie z żoną po niemiecku, prześladowano za folkslistę, wywożono do przymusowej pracy, zamykano w obozach, jednak sam fakt służby w Wehrmachcie oficjalnie powodem do szykan nie był. Czasem żartowano nawet, że ktoś z rodziny walczył w AK, pod skrótem tym jednak rozumiano raczej Afrika Korps Erwina Rommla.

Akcja poboru rozpoczęła się w marcu 1940 roku, gdy w Katowicach pracować zaczęło biuro Wehrbezirkskommanda wzywające do rejestracji mężczyzn urodzonych między rokiem 1894 a 1926. I w tym punkcie historii kończą się teorie pewne – cała reszta może być jedynie analizą losów jednostkowych. Do niemieckiej armii trafiano bowiem dokładnie tak, jak trafia obywatel państwa prowadzącego wojnę – na podstawie powszechnej i obowiązkowej służby. Zdarzały się jednak pojedyncze przypadki ochotniczego wstąpienia do Wehrmachtu, tak jak zdarzały się pojedyncze przypadki wcielenia „za karę” członków Związku Polaków w Niemczech czy przedstawicieli rodzin powstańczych. Od razu ujawniła się też sprzeczność interesów między zideologizowanymi władzami państwowymi, które – przynajmniej w teorii – służbę w armii traktowały jako zaszczyt dla prawdziwych Niemców, a samym Wehrmachtem – ten nigdy szczególnie wybredny nie był: po prostu potrzebował rekruta.

Sytuację próbowano uregulować wiosną 1941 roku, gdy wprowadzono przepisy określające przynależność do Deutsche Volksliste i dzielące obywateli na cztery ponumerowane kategorie. Zgodnie z prawem do służby wojskowej zobowiązani byli jedynie ci, którzy posiadali jedną z trzech pierwszych kategorii; znane są zresztą przypadki zwalniania z armii żołnierzy – Ślązaków z „czwórką”. Folkslista na Górnym Śląsku nie była jednak tym samym, co na Mazowszu czy w Małopolsce – tutaj otrzymało ją aż 90% całej ludności. Często wpis na Deutsche Volksliste był czynnością administracyjną, sam zainteresowany otrzymywał jedynie papier do podpisania. Do podpisywania niemieckiej listy narodowościowej nawoływał zresztą i Kościół, i emigracyjne władze z Londynu – brak takiej deklaracji kończył się nader często w obozie koncentracyjnym. Nie stawienie się do służby wojskowej zaś stanowiło dezercję karaną śmiercią. Wśród rekrutów do Wehrmachtu powszechny był strach o los rodziny w przypadku, gdyby odmówili służby.
 
Mimo to  istnieją relacje o oficjalnej odmowie wstąpienia do wojska, odmowie złożenia przysięgi wojskowej (na wierność Adolfowi Hitlerowi), śpiewaniu polskich pieśni podczas marszu do transportu na front, dezercjach oraz nieufnym traktowaniu żołnierzy z podejrzanego obszaru. Rekrut z Górnego Śląska – najczęściej legitymujący się trzecią kategorią folkslisty - „drajką” - wędrował do swojej jednostki wraz z listem przewodnim informującym przełożonych, iż trzeba na niego uważać. Z reguły do jednego pododdziału wcielano tylko co najwyżej dwóch – trzech niepewnych żołnierzy. Wprowadzono zakaz awansowania – jedne źródła wspominają o niemożności uzyskania stopnia oficerskiego, inne mówią nawet o starszym szeregowym jako maksymalnej szarży dostępnej dla Ślązaka. W niektórych przypadkach żołnierzom takim nie dawano nawet do rąk broni kierując do służby przy koniach czy pilnowania jakichś mniej  ważnych magazynów. W listopadzie 1942 roku wydano zarządzenie, na mocy którego wojskowi z trzecią kategorią listy narodowej za usiłowanie dezercji czy nawet łamanie dyscypliny karani byli śmiercią.
 
Prawdziwym szyderstwem historii stało się powojenne użycie przepisów hitlerowskiego prawa. Okupacyjne władze sowieckie i polski aparat komunistyczny wykorzystały listę narodowościową do  eksterminacji górnośląskiej ludności – tyle, że w odwróconym porządku. Jeszcze w połowie lat siedemdziesiątych, gdy na podstawie porozumienia Schmidt – Gierek mieszkańcy Śląska masowo wyjeżdżali do Republiki Federalnej Niemiec, dla niemieckiego sądu fakt dezercji z Wehrmachtu do wojska polskiego mógł być przyczyną odmowy prawa do pobytu w Niemczech. Po losach Ślązaków pozostały już tylko groby w całej Europie, bo co dziesiąty z wojny nie wrócił. I został żal – taki jak żal Alojzego Łysko, autora książek o górnośląskich żołnierzach Wehrmachtu, którego ojciec zginął gdzieś na polach Ukrainy rozjechany przez rosyjski czołg.

ANTRYJ.PL
redaktor naczelny - Zbigniew Markowski
adres redakcji: Nakło Śląskie, ul. Sienkiewicza 7